J’ai tué ma mère 2009

Les amours imaginaires 2010

Xavier Dolan, rocznik ’89. Mogłabym nauczyć się dla Niego francuskiego. Chyba wiele rzeczy mogłabym dla Niego zrobić, ale niestety próżne byłyby me starania. Pan Dolan głupi nie jest i po prostu woli chłopców. Nie boi się do tego przyznać również na ekranie. Choć znawcą kina LGTB nie jestem, kilka produkcji widziałam. Każdy widział, tylko może niekoniecznie zdaje sobie z tego sprawę. Magia Dolana polega na tym, że choć jego filmy wpasowują się idealnie w definicję LGTB, to nigdy nie powinny znaleźć się w tym nurcie. Przynajmniej moim skromnym zdaniem. Wszystko co pokazuje na ekranie jest nienachalne i totalnie naturalne. Tak naturalne, że widz zapomina o tym, że na co dzień parę szesnastoletnich chłopców trzymających się w czułym uścisku uznałby za coś co najmniej egzotycznego. Dlatego niezwykle krzywdzące byłoby wrzucanie Jego filmów do worka z „Priscillą królową pustyni” i „Transamerica”.

W swoim debiucie opisuje trudne relacje dorastającego młodzieńca (w dodatku geja) z matką. Dużo fajnych, trafnie poskładanych słów (napisanych przez zdolnego reżysera). Oczywiście w głównej roli On sam. O tym filmie nie będę się rozpisywać. Zrobił furorę w Cannes, na tyle dużą, że następny film, o którym to już napiszę więcej, Dolan wyprodukował za własne pieniądze. W „Zabiłem moją matkę” pragnę zwrócić uwagę na jedną scenę. Chyba nikt jeszcze tak zgrabnie (szukam słowa, ale nie znajduje) nie pokazał seksualnego aktu dwóch facetów! Zapomnijcie o „Złym wychowaniu” czy „Tajemnicach Brokeback Mountain”. U Dolana panowie się kochają, nie pieprzą. Niemożliwe? A jednak.

 

„Wyśnione miłości” to mój numer jeden. Niesamowita wrażliwość na słowo, obraz, muzykę. Gwarantuje, że po obejrzeniu tego filmu nie uwolnicie się od „Pass this on” The Knife,  „Bang, Bang” Dalidy czy „Kepp the streets empty for me” Fever Ray. Wszystko ze sobą współgra. Wbrew temu co nasuwa zdjęcie poniżej, film ten niewiele ma wspólnego z „Marzycielami”, których swoją drogą również uwielbiam. Xavier pokazuje to, co doskonale wiemy, to co doskonale znamy. Boimy się tylko to nazywać, żeby przypadkiem nie pozbawić tego wzniosłości.

Mamy o to prawie klasyczny trójkąt. Dwójka bohaterów, skądinąd przyjaciół, zakochuje się w młodzieńcu, który bezwątpienia ma krewnych na Olimpie. O tyle to nie klasyczne, że nasza para jest parą, to znaczy jest to On i Ona. Zatem pierwszy sygnał od twórcy – miłość granic nie ma, a na pewno gówno ją płeć obchodzi. To zauroczenie jest pokazane tak naturalnie, że naprawdę nie zauważycie nawet, że wkrada się tu jakiś homoseksualny pierwiastek. Aż trudno uwierzyć, że udało mu się oddać istotę tego typu relacji. Młosne gry, które są jednym z przywilejów młodości. Każdy je zna i każdy chciałby możliwie szybko o nich zapomnieć. No i nasze blond bożyszcze, które dla swoich adoratów ma ogromne zapasy obojętności. Genialny film o młodzieńczych zauroczeniach, które nigdy nie przynoszą nic dobrego. Głównie dlatego, że są zbyt młode, zbyt naiwne i zbyt porywcze. I jak to w miłości bywa, winni są wszyscy i nikt.

Dolan pokazuje świat bez barier. Bo ograniczenia tworzą ludzie. Kto powiedział, że para gejów, w dodatku szesnastoletnich, musi być wyklęta przez społeczeństwo. Kto powiedział, że dwójka przyjaciół odmiennych płci nie może zakochać się w tym samym chłopaku. Kto powiedział, że mężczyzna po zmianie płci musi rozstać się ze swoją dziewczyną. Jak znacie kogoś kto tak mówi, powinniście go zastrzelić. A potem zadzwonić do Dolana i podziękować mu za wolność. Chociaż na ekranie.

Reklamy