The Hours 2002

Są dwa filmy, które się ogląda kiedy nie wiesz, co zrobić ze swoim życiem. „Trainspotting” i „The Hours”. O tyle o ile ten pierwszy daje dość jasną i optymistyczną odpowiedź: „choose life”. Z drugim jest już trudniej. Virginia każe Ci patrzeć życiu w twarz, bo unikanie go nie jest gwarancją spokoju. Virginia każe Ci się męczyć dopóki nie pokochasz go takiego jakim jest. Potem dopiero będziesz mógł je odrzucić. Zasłużyłeś. Ile razy nie oglądałoby się tego filmu, zawsze jest tak samo ciężko, za każdym razem.

Pierwsza istotna rzecz to scenariusz. David Hare świetnie pisze. Z tego miejsca polecam „My Zinc Bed”, którego fragmentów nie sposób wprost zapomnieć. Podobnie jest z „Godzinami”. Oczywiście David inspirował się nie tylko samą Virginią Woolf, ale również jednym z jej najbardziej znanych utworów „Panią Dalloway”. Twórcy filmu zrobili pewną rzecz, która z góry gwarantowała im sukces. Zatrudnili trzy najlepsze i najpiękniejsze aktorki jakie nosiła hollywoodzka ziemia: Nicole Kidman, Julianne Moore i Meryl Streep. Trzy niewiasty będą bohaterkami trzech przeplatających się historii. W pierwszej Virginii Woolf (Nicole Kidman) pracuje nad „Panią Dalloway”. Kilkadziesiąt lat później Laura Brown (Julianne Moore) czyta napisaną przez nią książkę. A kolejne lata później Clarissa Vaughan (Meryl Streep) niczym bohaterka tej książki organizuje przyjęcie dla swojego przyjaciela.

Oczywiscie należy zacząć od boskiej Nicole, która wykreuje nam pierwszorzędną Virginię. Charakteryzacja fenomenalna, ale i gra bezbłędna. Pani Kidman za te rolę dostała Oskara i co ciekawe to jedyny Oskar w jej karierze. To akurat bardzo dziwne, bo jest Ona aktorką doskonałą. Wracają do roli, to każdy kto ma jakieś wyobrażenie o Woolf nie powinien być zawiedziony. Sposób poruszania, trzymania papierosa, ten błędny wzrok szukający czegoś godnego uwagi, wszystko pasuje do legendarnej pisarki. Nie wiem, jak można nie zatrzymać się nad tą postacią. Nie zastanowić. Nie zauważyć tych grubych rajstop kiedy wchodzi do wody. Tych topornych butów. Sukni ciężkiej od wody. Tej przerażonej głowy wystającej ponad falami. I tego spokoju kiedy w nich ginie. To jest właśnie Virginia Woolf.

Laura (Julianne Moore), niczym Nora z dramatu Ibsena opuszcza męża i dzieci. Syn nigdy jej tego nie wybaczy. Nie dowie się również, że musiała to zrobić. Bo tam była śmierć. Laura wybrała życie. Nora też. To jest doskonała scena. To jest dokładnie to uczucie. Kiedy czujesz tak bolesną, okrutną i niekończącą się bezradność, czujesz się dokładnie tak. Jakby zalewała Cię woda. Topisz się. Brakuje Ci tchu. Genialna scena.

Clarissa (Meryl Streep) i Richard (Ed Harris) to oczywiście bezpośrednie nawiązanie do głównych bohaterów „Pani Dalloway”. Niespełniona miłość z młodzieńczych lat okazuje się najlepszą rzeczą jaka ich spotkała, a ich jedyny pocałunek najpiękniejszym wspomnieniem. Tylko przy Richardzie Clarissa czuje, że żyje. Chociaż na co dzień u jej boku jest ktoś zupełnie inny. Niestety Richard zmusi ją żeby wreszcie zaczęła żyć dla siebie. A to wcale nie jest takie proste. W zasadzie to w ogóle nie jest proste. Ten moment, kiedy już wiesz, że zaraz skoczy, ale jeszcze kilka ostatnich słów. To jest moment, w którym powinno się płakać.

Kochaliśmy Virignię w czasach kiedy wydawało nam się, że jesteśmy tak nieszczęśliwi, że już bardziej być nie można. Kto by wtedy pomyślał, że wszystko jeszcze przed nami. Przyszedł czas by pokochać ją na nowo.  To będzie piękny koniec.

Reklamy