Róża 2011

To nie kwestia wagi. Podobno to przez to, że się chce, żeby coś było naprawdę. Żeby zdążyło zahaczyć się o rzeczywistość, wpłynąć na nią znacząco i zaklasyfikować się do wspomnień. Znaczących. Podobno to głupie. Ludzie są głupi. Lepiej być lekkim głupkiem niż ciężkim głupkiem. A do tego wszystkiego „Róża”. Myślę teraz o tych wszystkich fizycznych walorach, od których czasami zależy nasze być albo nie być, i widzę plamy bohaterów tego filmu. Plamy mają to do siebie, że wyglądają podobnie. Jak głosi sjp „szpecą powierzchnię”.  Tadeusz i Róża nie są ozdobami. Czasy, w których żyli zabrały wszystko, co mogłoby uczynić z nich coś więcej niż plamę. I takie dwie plamy, stworzone przez wojnę, spotkały się. Zmuszone do wspólnej egzystencji, uzależnione nawzajem od własnych istnień, śmiertelne chore. Na gwałt i przemoc. W tym zniszczeniu i nędzy pojawia się coś, co jest dobre. To nie miłość i szczęście. To sens. Wszystko zaczyna mieć jakiś sens. Podobno w ekstremalnych warunkach ludzie ulegają zezwierzęceniu. To nieprawda. Tylko otoczenie kipiące okrucieństwem czyni ludzi ludzkimi. Na co dzień niczym nie różnią się od zwierząt. W „Róży” to nie wojna nas wzruszy. To nie ona sprawi, że zapamiętamy ten film do końca życia. To właśnie tęsknota za byciem człowiekiem, człowiekiem czującym i myślącym, walczącym do końca, to ona nie da nam zasnąć.

Plamy mają to do siebie, że nie wszystkie da się usunąć. Jak jesteśmy do czegoś za bardzo przywiązani, to nie wyrzucimy tego, chociaż już do niczego się nie nadaje. Nawet jeżeli już z tego wyrośliśmy. Zawsze można przejść na dietę. Chociaż podobno to nie kwestia wagi.

Reklamy