Big Love 2012

Szum jaki powstał wokół tego filmu był absolutnie niezaskakujący i przewidywalny. Pojawiły się klasyczne dwa obozy: pierwszy zakrzykiwał, że to kolejne gówniane polskie love story, a drugi padł z zachwytu. Ja nie padłam. Ale dupę mi trochę urwało. Dlaczego? A z kilku prostych powodów.

Jak film wydaje nam się niezbyt wiarygodny w kwestiach fabularnych, to należy odpowiedzieć sobie na fundamentalne i dość oczywiste pytanie: czy nasi bohaterowie są zdrowi. Aktorzy w wywiadach sami mówili, że jedną z form przygotowania do roli były spotkania z psychiatrą. Tak, proszę państwa, Emilka (genialna Aleksandra Hamkało) i Maciek (wyjątkowo dobrze się prezentujący Antoni Pawlicki) nie są przecietnymi przedstawicielami gatunku ludzkiego. Ona jest przede wszystkim emocjonalnie niezrównoważona, popada ze skrajności w skrajność, zdecydowanie jest bardziej popierdoloną połówką tego związku. On zaś przejawia za dużo agresji, zazdrości i zaborczości. Razem tworzą podręcznikowy przykład związku toksycznego (polecam Toksyczne związki P. Mellody). Także ogólnie przydałaby im się terapia. To dość istotny fakt, bo tego filmu nie można rozpatrywać w kategorii miłosnej hisotrii. Tam jest chyba wszystko poza miłością. Także jeżeli wyzbędziemy się tych miłosnych oczekiwań możemy otworzyć głowę trochę bardziej i znaleźć w tym filmie kilka istotnych atutów.

A największym z nich jest panna Hamkało. Postać Emilki jest w 90% stworzona przez aktorkę i to doskonale widać. Jest dzika, nieokrzesana, seksowna, no full serwis. Jest również w tym filmie coś, co w polskiej kinematografii stanowi absolutny ewenement. To sceny erotyczne, a jest ich niemało, bo ten film to właśnie dramat erotyczny. Oni się tam naprawdę ładnie pieprzą, tego w polskim kinie chyba jeszcze nie było. W ogóle wszystko w tym filmie jest takie „ładne”. Aktorzy, kolory, zdjecia, muzyka, wszystko jest bardzo estetycznie przyjemne.

Nie można pozostawić scenariusza bez komentarza. Ni chuja nie rozumiem, dlaczego On ją zastrzelił. Jedyne racjonalne wyjaśnienie to opcja, że naprawdę oboje byli trochę (a nawet bardzo) chorzy 🙂 Przecież jakby ją kochał to by mu było chociaż troszkę smutno. Jest taki piękny film Mar adentro (W stronę morza) i tam sparaliżowany bohater prosi kobietę, która twierdzi, że kocha go nad życie, żeby pomogła mu to życie sobie odebrać. Ona oczywiście wybiega z płaczem  i odmawia, ale potem wraca. Wraca i robi to, płacze, ale pomaga mu, bo to największe z jej strony poświęcenie w imię tej miłości. No w Big Love tego nie ma! Wcale. Także jak na mój chłopski rozum to pani reżyser zrobiła to specjalnie, żeby po prostu wszyscy zachodzili w głowę o co tam w zasadzie chodziło. To działa dopóki się nie znudzi. Więc może korzystniej byłoby dać tej historii jakieś konkretniejsze ręce i nogi.

Reklamy