Ink 2009

Jeden z niewielu filmów, który bez skrupółów można polecić każdemu. Nie ma tam żadnej obsceny ani przemocy. Jest za to bajka. I to całkiem niegłupia.

Osobiście widzę w tym filmie mnóstwo zalet. Scenariusz dopracowany do bólu, postacie wykreowane jak w najlepszej powieści fantasy, a soundtrack miażdży. Oczywiście mogłabym się teraz rozwodzić nad tą genialną fabułą, mądrym przesłaniem i kreacjami aktorskimi, ale rzecz jasna nie zrobię tego. W kwestii fabuły to dodać tylko mogę, że każdy kto jest choć odrobinę bardziej kumaty ode mnie, wpadnie na to, o co w tym wszystkim chodzi jeszcze przed połową filmu. Ja oczywiście musiałam czekać do ostatniej sceny, która wszystko wyjaśniała, a i po niej miałam jeszcze wiele wątpliwości. No ale nie można mieć wszystkiego! To co mi się najbardziej podobało w „Inku” to kolejna odsłona teorii przypadku. A jak wiemy, jestem fanką. Przypadków.

TICK TOCK, THIS MAN GOT ROCKED.

Jacob słyszy rytm życia, którego nie słyszą inni. Być może wynika to z tego, że jest niewidomy, oczęta ma zaklejone czarną taśmą. Scena powżej doskonale obrazuje jego niezwykłą umiejętność. Każda pierdoła i każdy szczegół może zmienić bieg zdarzeń. Coś może przerwać strumień.

A w nowym roku życzę sobie i wszystkim, którzy to czytają (czyli głównie Toosi 🙂 ) samych NOWYCH błędów w NOWYM roku, albowiem ileż można powtarzać stare 🙂 xoxo!

Reklamy