Lucía y el sexo 2001

Factotum 2005

Mniejsze zło 2009

Od zarania dziejów mężczyźni kochają kobiety piękne, a kobiety kochają….artystów. Konkretnie zaś pisarzy. Nikt nie zaprzeczy, że Byron musiał opuścić kraj za rozpustę, że Sienkiewicz miał 5 żon i każda miała na imię Maria,  że Markiz de Sade był ostro popieprzony ale osób do pieprzenia mu nie brakowało i tak dalej i tak dalej. Tak było, ale czy nadal tak jest? Obecnie bycie pisarzem nie stanowi już takiej nobilitacji społecznej jak niegdyś. Z pisania ciężko wyżyć, więc o takim zawodzie w zasadzie mówić już nie można. Ludzie jednak nadal piszą i nadal marzą o pisarskiej karierze. Jak to się ma do kina? Całkiem zabawnie.

Lucía y el sexo czyli Seks i Lucia to kolejny skarb, którym obdarował nas Julio Medem. Ten film ma mnóstwo wątków, a jego fabuła jest tak zaskakująca, że mogłabym pisać i pisać. Skupmy się jednak na głównym bohaterze – Lorenzo (Tristán Ulloa). O tym, że życie jest powieścią, a powieść życiem przekonujemy się podczas całości filmu. Ja jednak chciałabym zwrócić uwagę na scenę, w którem Lucia (Paz Vega) i Lorenzo dopiero się poznają. Po części widoczna jest ona na trailerze (swoją drogą to jeden z moich ulubionych zwiastunów filmowych w ogóle).

Coś archetypicznego musi tkwić w reżyserskiej wyobraźni, że do takich historii wybierają pisarzy. Bo któż inny odważyłby się zareagować na propozycję nieznajomej w taki sposób jak Lorenzo? Tylko ktoś kto szuka twórczej inspiracji, nowych doświadczeń albo po prostu mu wszystko jedno. Niemniej scena ta w całości jest genialna, nie ma w niej ani jednego nie przemyślanego słowa, ani jednego nie przemyślanego gestu. Wbrew pozorm nie jest to film o seksie, choć całkiem go tam sporo. Jak każdy film Medema jest głównie o zaskakujących zbiegach okoliczności i nie tylko.

Janusz Morgenstern to legenda polskiego kina. Nie da się zapomnieć o Popiele i diamencie, Do widzenia do jutra czy Jowicie a w związku z brakiem tej amnezji większość widzów ze spokojem siada do kolejnej produkcji, tego wiekowego już twórcy. Film ma doskonałą muzykę Michała Lorenca, świetną kreacje Janusza Gajosa, banalny pomysł i niekoniecznie zachwycający wyraz ogólny. To, co w nim urzeka to właśnie poezja, a konkretnie poeta. Wybrany do tej roli Lesław Żurek dzięki bogu z natury jest tak obłędnie przystojny, że nie musi zbyt wiele robić, żeby tę rolę jakoś wykreować. Wręcz przeciwnie – ta beznamiętność wydaje mi się nawet zamierzona. Bo oto zwykły student polonistki (który wybrał ten kierunek właśnie po to, by nauczyć się „pisać”) z dnia na dzień staje się uznanym twórcą. Tutaj też polecam zwiastun, który doskonale ten wątek pokazuje.



Film ma kilka złotych myśli i kilka naprawdę niezłych „momentów” 😉 Kariera pisarska pokazana z przymrużeniem oka, ale jak wiemy, w każdym żarcie jest odrobina prawdy. Jak to się dzieje, że wszystkie kobiety lgną do poetów? Może po prostu mamy bujniejszą wyobraźnię, a panowie twórcy jeszcze bardziej potrafią ją rozbudzić.

Ostatni film – Factotum Benta Hammera – to z tej trójki film najpoważniejszy. Najpoważniejszy pod względem rozwinięcia tematu, bo sama fabuła nie trąci śmiertelną powagą. Oczywiście nie Bent Hammer wymyślił tę historię, a Charles Bukowski, na którego to powieści wzorował się film. Wzorował, bo odtworzyć się nie da. Od razu podkreślam, że nie czytałam Factotum, w związku z tym odnoszę się tylko do filmu, który dla kogoś nie znającego pierwowzoru może być naprawdę interesujący.

Udało się stworzyć perfekcyjny dla fabuły klimat. Mamy nieustannie wrażenie, że wszystko to właśnie „slow day” (idealnie dopasowany soundtrack – Slow Day, Dadafon), niekończący się i niezmienny. Nasz bohater Chinaski (Matt Dillon) to nie tyle pisarz, co ktoś kto pisarzem chce zostać. Jak sam mówi „nie jest jeszcze gotów na powieść” więc póki co pisze tylko opowiadania (z których to zauważone zostanie aż jedno o wdzięcznym tytule My Beerdrunk Soul is Sadder Than All The Dead Christmas Trees of The World).  Jak przystało na prawdziwego artystę, pije, pali, ma wszystko w dupie (a głównie prace, z których jest notorycznie wyrzucany) no i rzecz jasna nieustannie pisze.

Jeżeli chodzi o kobiety to w zasadzie pojawiają się dwie. Jen (Lili Taylor), którą poznał w barze – „kupiłem jej drinka, a ona dała mi numer telefonu, 3 dni później przeprowadziłem się do jej mieszkania”. Druga to striptizerka Laura (Marisa Tomei). To Jen jednak będzie istotniejszą kobietą w jego życiu i z nią wiąże się kilka kultowych wręcz scen. Oboje żyją w totalnej beztrosce. Żeby dowiedzieć się, która godzina, Chinaski prowadzi matematyczne obliczenia, kiedy okazuje się, że to pora kolacji – „a my nie mamy nic do jedzenia” ukochana ze spokojem odpowiada mu – „otworzymy kolejną butelkę wina”. Obudzeni hałasem w środku nocy, zobaczywszy, że na korytarzu pełno dymu, wracają do łóżka – bo „to tylko straż pożarna”. Niezła jest jeszcze scena związana z wymiotowaniem, ale może nie będę zdradzać wszystkiego.

Film kończy dość filozoficzno – poetycki monolog, którego podsumować można tym fragmentem: „Jeśli o coś zabiegasz idź na całego w przeciwnym razie nie zaczynaj” bo tylko wtedy „będziesz obcował z bogami, a noce rozświetlą płomienie”.

Ja tam wolę jednak inny cytat, bezpośrednio zaczerpnięty z Pana Bukowskiego:

– A woman is a full-time job. You have to choose your profession.

– I suppose there is an emotional drain.

– Physical too. They want to fuck night and day.

– Get one you like to fuck.

– Yes, but if you drink or gamble they think it’s a put-down of their love.

– Get one who likes to drink, gamble and fuck.

– Who wants a woman like that?

Reklamy