Chrzest 2010

Moja krew 2009

Marcin Wrona, rocznik ’73, reżyser młody, ale za to bardzo wysoki 😉 Dwa pełnometrażowe filmy i dwa niezaprzeczalne sukcesy. Nie dane było mi obejrzeć ich w kolejności, w której powstawały. W związku z tym najpierw widziałam Chrzest, zresztą na świetnie zorganizowanej łódzkiej premierze w kinie Charlie, gdzie po filmie odbyło się spotkanie z reżyserem oraz Tomaszem Schuchardtem (odtwórcą głównej roli, który jak się okazało, jest również aktorem Teatru Jaracza). Wrona debiutował filmem Moja krew, który podobnie jak Chrzest, został hojnie nagorodzony przez jury podczas festiwalów filmowych w Gdyni. Nie sposób mówić o tych filmach osobno, bo są faktycznie bardzo do siebie podobne, co nie znaczy, że któryś z nich jest gorszy.

Chrzest to film trzymający w napięciu od początku do końca. Istotna klamra kompozycyjna, na którą nieuważny widz nie zwraca uwagi, powoduje, że ktoś tak wierzący w ludzi jak ja w scenie ostatniej z wiarą i nadzieją czeka na pozytywne rozwiązanie sytuacji. To film wbrew pozorom nieprzewidywalny i nie dający oczywistych odpowiedzi na pytania, które sam stawia. Zwłaszcza wspomniana ostatnia scena należy to klasycznych filmowych testów osobowości widza. Powiedz mi, jak się kończy ten film, a powiem Ci kim jesteś. Ja jestem naiwna.

A o czym jest Chrzest? Do Michała (Wojciech Zieliński) przyjeżdża dawny kolega Janek (Schuchardt). Szybko okazuje się, że panowie znają się również dlatego, że niegdyś trudnili się pracą dla mafii, w związku z czym Michał trafił nawet do więzienia. Teraz jednak ma żonę, dziecko i wiedzie względnie szczęśliwe życie. Niestety za to życie musi płacić. Żeby skrócić wyrok wydał swoich wspólników, którzy jak nietrudno się domyśleć, odszukali go i wycenili każdy dzień jego życia –    10 000 zł. Michałowi kończą się pieniądze, chce by Janek został chrzestnym dziecka i zaopiekował się jego rodziną, po tym jak już zostanie wykonany mafijny wyrok.

Tak to w skrócie wygląda. Wrona miał rację mówiąc, że w tym filmie trzeba było świetnie zagrać, bo ten scenariusz musiał obronić się aktorem. Faktycznie broni się doskonale. Zieliński i Schuchardt zostali nagordzeni za swoje role w Gdyni, całkowicie zasłużenie. Trzeba również dodać, że inspiracją do powstania filmu są prawdziwe wydarzenia. Tym bardziej dosadny jest wydźwięk całości.

Moja krew porusza problem bardzo podobny i w przeciwieństwie do Chrztu, zwiastun i opis tego filmu zdaje się w ogóle nie zachęcać do jego obejrzenia, bowiem trąci banałem i to bardzo. Jednak okazuje się, że nawet historie, którą widzieliśmy już setki razy, można pokazać w poruszający i mądry sposób.

Igor (nagrodzony za te rolę w Gdyni Eryk Lubos) to zawodowy bokser, który podczas jednej z walk doznaje poważnej kontuzji (warto też dodać, że trenera Igora gra legenda polskiego boksu – Marek Piotrowski). W zasadzie nie wiemy do końca, co mu dolega, wiemy tylko, że umiera. Jest człowiekiem brutalnym, twardym, agresywnym i w tym całym dzikim świecie odnajduje coś, co może nadać sens ostatnim dniom jego życia. Postanawia mieć dziecko. Na stadionie poznaje młodą Wietnamkę, oferuje jej mieszkanie i papiery za urodzenie mu potomka. Dość banalnie to brzmi, ale w tym miejscu to, co przewidywalne w zasadzie się kończy. Dalsze losy bohatera może nie tyle są zaskakujące, co w zaskakujący sposób pokazne. Igor nie ma nikogo, ma tylko starego kumpla, któremu przeleciał dziewczyne i jego właśnie (w tej roli Wojciech Zieliński) prosi o to, żeby zaopiekował się Yen Ha i jej dzieckiem.

Dwa filmy poruszające te same zagadnienia. Dwóch bohaterów – dwa wyroki śmierci. Jeden wyrok ogłasza lekarz, drugi mafia. Mężczyźni w sytuacjach, z których nie ma wyjścia. W obliczu czegoś tak niepojętego jak śmierć decydują się zawalczyć o życie, nie swoje, ale najbliższych.

Jaka jest cena życia? Kto jest zdolny do największych poświęceń? Kto jest obok nas kiedy w najokrutniejszy ze sposobów musimy pożegnać się ze swiatem, bo musimy pożegnać się z nim za wcześnie? Odpowiedzi na te pytania nie są jednoznaczne, ale obawiam się, że nie są też budujące. Poświęcenie nie tylko trudne jest dla osoby, która się go podejmuje, zdaje się być jeszcze trudniejsze dla osoby, która o nie prosi, nie wspominając już o ludziach, na których odbiją się jego konsekwencje. Najsmutniejsze w całej konkluzji jest to, że Wrona mówi nam prawdę znaną nie od dziś – wszyscy umieramy samotnie. Stając w obliczu największych tragedii zawsze jesteśmy sami, a tym bardziej sami jesteśmy, licząc na czyjeś poświęcenie.

Reklamy