Malèna 2000

Tak powiedział Juliusz Cezar, a słowa te najlepiej obrazuje film, który zawsze był dla mnie bardzo ważny – Malena Giuseppe Tornatore. Oczywiście twórcy mówią, że to film o dorastaniu, ale jak to zwykle bywa, artyści swoje, a my swoje. To też przywłaszczam sobie prawo do własnej interpretacji.

Malena to oczywiście imię głównej bohaterki, która zrządzeniem losu jest najpiękniejszą kobietą w miasteczku. Zdaje się ona realizować jedną z moich życiowych dewiz – bóg dał, nie będę się kłócić. Ale Malena nie tylko się nie kłóci, ale w ogóle zdaje się specjalnie nie zwracać na to uwagi. Jej mąż jest na wojnie, a ona grzecznie czeka na niego w domu. Jedyny problem to codzienne wizyty w miasteczku i znoszenie spojrzeń, które wyrażają albo dziką żądzę albo dogłębną nienawiść. Nie trudno się domyśleć, że inne kobiety raczej za nią nie przepadają. Obmawiana i podziwiana, kochana i nienawidzona, śledzona i unikana, taka właśnie była Malena. Dla mężczyzn była obiektem seksualnym, a dla kobiet ladacznicą. Nie można mieć wszystkiego.

Dziewczyna dzielnie znosi codzienne obelgi czekając na powrót ukochanego. I jak nietrudno się domyślać, bo tak to zwykle w filmach bywa, mąż z wojny nie wraca. Młoda wdowa zostaje kompletnie sama w miasteczku, w którym każdy chce ją albo zabić albo przelecieć. Ciężka sprawa. Malena jednak nie wykazuje skłonności samobójczych, więc podejmuje walkę o przetrwanie. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy. Zawsze dobrze się prowadziła, ale wszyscy mieli ją za dziwke. Więc co zrobiła Malena? Została dziwką.

 

Co jest bardziej wulgarnego od zrobienia z człowieka kogoś, kim nie jest? Kim nigdy nie był i nigdy nie chciał zostać. Tak łatwo przychodzi nam oceniać pozory. Ale zaprawdę powiadam Wam, nigdy nie wiecie czy moralne przestępstwo, którego jesteście świadkami nie ma miejsca po raz pierwszy i ostatni. Nigdy nie znacie intencji osoby popełniającej czyn przez Was oceniany, jako karygodny. Nigdy nie wiecie, czy ktoś przypadkiem nie łamie właśnie swoich życiowych zasad, bo zmusza go do tego jakaś wyższa konieczność. A kto wie, może ten ktoś, na kogo patrzycie, w rzeczywistości jest lepszy od Was samych i może wcale nie robi tego, co mógłby robić posiadając taką aparycję. To się zdarza. Nie tylko w filmach.

Dużo się mówi o tym, żeby nie oceniać po pozorach. Jesteśmy coraz bardziej tolerancyjni. Rozmawiamy z mało atrakcyjnymi kolegami, nie omijamy z obrzydzeniem człowieka bez nogi i nie uciekamy przed łysym chłopakiem w dresie. Skoro jesteśmy już tacy tolerancyjni dla ludzi wyglądających niezbyt pociągająco, może czas zaakceptować również tych, którzy wyglądają wyjątkowo dobrze. I nie tylko zaakceptować, ale nie zmuszać ich do tego, by zewnętrzne piękno spłacali wewnętrznym zepsuciem.

Zatem następnym razem zanim kogoś dosadnie określicie, zamieńcie z nim chociaż słowo. Bo wszyscy jesteśmy niewolnikami tego, jak wyglądamy. A raczej – na jakich wyglądamy.

Reklamy