Jako dziecko uwielbiałam serię filmowych baśni o księżniczce Fantaghiro. Zgodnie z legendą tytułowa bohaterka miała przynieść kres wojnie nękającej od lat królestwo. Miało się tak stać za sprawą „oczu pełnych miłości”, które miała spotkać na swej drodze. Podczas treningu łuczniczego, mistrz nakazuje jej wystrzelić strzałę prosto w słońce. Fantaghiro wzbrania się pewna swej porażki, ale wykonuje polecenie. Strzała przecina drogę Romualdowi. Wtedy on zaczyna gonić swojego potencjalnego wroga. Kiedy widzi ją po raz pierwszy natychmiast zakochuje się w jej cudownych oczach (swoją drogą, kto by się nie zakochał w oczach Alessandry Martines). By chronić księżniczkę Biała Wróżka mówi mu, że dziewczyna, którą ujrzał nie należy do tego świat, jest wodną nimfą. Nakazuje mu, by odnalazł takie oczy u śmiertelniczki, a wtedy odnajdzie miłość. Jednakże zaślepiony Romualdo wszędzie szukał nimfy, nie zauważał, że tak naprawdę jest ona tuż obok niego. Trzeba było serii wypadków, żeby się królewicz zorientował.

 

Jako dziecko nie doceniałam wartości tej baśni. Chciałam tylko zostać księżniczką Fantaghiro i poślubić Romualda. Cóż, nadal bym chciała, ale teraz dostrzegam też inne aspekty tej historii. Każda część (a powstało ich pięć) jest fabularnie nienazbyt skomplikowana i nienazbyt ogólnie głęboka, ale każda z nich ma powiedzieć tylko jedno: prawdziwa miłość zwycięży wszystko. Oczywiście można by się dopatrywać wielu uchybień. To znaczy z Romualda w zasadzie zrobili straszną pizdę, której tyłek ciągle musi ratować dziewczyna, a w piątej części Fantaghiro całuje się z jakimś piratem (ponieważ nie mam napisów nie dowiem się, gdzie jest kurwa w tym czasie Romualdo, ale może to i lepiej). Dlatego za pretekst do pewnych rozważań posłuży mi kluczowy fragment pierwszej części, który przed chwilą opisałam.

„Nimfa”, którą ujrzał królewicz była uosobieniem jego pragnień i wyobrażeń. Myśl o tym realnie nieistniejącym ideale zaślepiła go na tyle, że nie dostrzegał już innych potencjalnie interesujących przedstawicielek płci przeciwnej (wśród których przypominam, była jego upragniona „nimfa”). Czy nie brzmi to znajomo? Ostatnio mam wrażenie, że fascynacja Edwardem Cullenem, Troyem Boltonem czy innym fikcyjnym cudem szklanego ekranu traci swój zdrowy charakter. Bo nie ma nic złego w posiadaniu złudzeń. Tylko, że nadmiar złudzeń zaciera rzeczywistość. Odnajdując ideał mężczyzny w Edwardzie Cullenie przestajemy zauważać otaczających nas jego realnych odpowiedników.

Próbowałam sobie przypomnieć kiedy ja przechodziłam ostatnią taką prawdziwą fascynacje. I faktycznie ostatnią jaką tak dobrze pamiętam, miała miejsce w 16 roku mojej egzystencji. Zobaczyłam wtedy mistrzostwa Europy w łyżwiarstwie figurowym i totalnie zakochałam się w Brianie Joubercie – pięknym, młodym i piekielnie zdolnym francuskim łyżwiarzu. Moja fascynacja osiągnęła taki poziom, że nawet napisałam dla niego wiersz i wysłałam mu na maila. Wysłałam polski wiersz do światowej sławy łyżwiarza i wyobrażałam sobie, jak razem jeździmy na łyżwach. Czasami nadal sobie to wyobrażam 😉

Obawiam się, że są ludzie, którzy mimo upływu lat wzdychają do zdjęć nieosiągalnych istot, którym sami nadali pewne cechy, kreując swój ideał. Otóż panowie i panie – ideały nie istnieją.

Poza tym  nie zapominajmy, co mówi nam wujek Freud. Otóż energia seksualna absolutnie musi zostać rozładowana. Jeżeli pożądamy danego obiektu, a mieć go nie możemy popadamy w nerwice. Wiem coś o tym, po moich niewytłumaczalnych seksualnych fantazjach związanych z Zackiem Efornem 😉 Oczywiście wujek Freud chyba troszeczkę przesadził, niemniej zasygnalizował poważny problem. Jeżeli zakładamy istnienie jakiekolwiek ideału, nierealnego, bo wykreowanego przez film czy literaturę, z góry jesteśmy skazani na nieodnalezieni go wśród żywych. I oczywiście nie zakładałbym, że spowoduje to nerwicę, ale na pewno odbije się na naszym życiu. Jeżeli będziemy zaślepieni obrazem nieistniejącego wampira nie odnajdziemy jego ziemskiego odpowiednika. Bo w życiu nie zawsze spotykamy Białe Wróżki, które pomagają nam odnaleźć miłość. W prawdziwym życiu możemy ją bardzo łatwo przegapić, tylko dlatego, że nie wygląda tak, jak w naszej głowie. A jak powiedział niegdyś William Shakespeare: „życie nie jest ani gorsze ani lepsze od naszych wyobrażeń, jest tylko zupełnie inne”.

Dlatego apelują do wszystkich zakochanych w „nimfach” z innego świata: szukajcie ich wśród śmiertelników, a wtedy odnajdziecie miłość.

Reklamy